„Ech, może by tak pierdolnąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady…”

Dowcip stary jak świat. Prawdopodobnie tak stary, że jego autorka, studentka politologii, ma ten okres życia już dawno za sobą, albo jej wnuczęta są już na studiach. Jednego jestem pewien: jeśli nadal nie odpowiedziała sobie na to pytanie, na bank żyje – gdzieś tam – zdrowsza i szczęśliwsza o tę niewiedzę. Ja, natomiast, mam niesamowity problem z tą anegdotą…

Wkurzająca zieleń cudzej trawy

Mieliście może kiedyś takie przerwy w pracy, kiedy siedzieliście z kubkiem zimnej kawy przy oknie, patrzyliście na paskudną (lub wręcz przeciwnie, bo piękną i słoneczną) pogodę i rozmyślaliście nad tym, w jakim miejscu jesteście ze swoim życiem? Jeśli tak, to co przychodziło Wam wtedy do głowy? Czy w takich momentach zdarzało się Wam mysleć, że jesteście uwiązani w biurze, a Wasi znajomi szaleją gdzieś w świecie, choć na chwilę wolni od tego „uwiązania”?

W takich chwilach wyobrażam sobie człowieka, który sięga do kieszeni po komórkę, sunąc palcem po ekranie, usuwa blokadę randomowym symbolem, by po chwili przenieść się w wirtualny świat, gdzie znajdzie wszystkich swoich znajomych – czadowo spędzających czas, oczywiście wszędzie, tylko nie w pracy. No i siedzi ten koleś, siorbie zimną kawę i energicznie pociera kciukiem o ekran, a z każdym ruchem mina zdaje się rzednąć mu coraz bardziej.

Tak w końcu działa magia mediów społecznościowych, że „dajesz lajka”, chociaż czasem tak naprawdę bardziej pragniesz dać pionę w nochala…najczęściej sobie.

Frustracja to zbyt małe słowo, aby opisać stan, w którym utkwił. Wiadomo, „trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu”. W tym przypadku nie płotu, a wręcz muru, który często powstaje w naszych głowach, na skutek trybu, miejsca i czasu naszej codziennej pracy.

Echa z południa

 Oczywiście wcale nie odżegnuje się od powyższego opisu, ba, prawdopodobnie sam nadzwyczaj często wpadam w ten przykry rytuał. Ponad wszystko życzę moim znajomym jak najlepiej i — w żadnym wypadku — nie wkurza mnie fakt, że kiedy ja jestem uwiązany przy biurku, oni robią coś fajnego ze swoim życiem. Dużo bardziej, niż przeglądanie zdjęć cieszących się chwilą ludzi, irytuje mnie hasło „Pierdolnij wszystko i jedź w Bieszczady”.

Bo, widzicie, chociaż to hasło bez dwóch zdań zyskało status kultowego, to dla człowieka uwiązanego pracą przy biurku przez pięć dni w tygodniu, mieszkającego kilkaset kilometrów od tego cudownego zakątka Polski, jest to rozwiązanie piękne, aczkolwiek mało realne. Przechodziłem to przez ostatnie cztery lata, a po dziś dzień ma tak wielu moich znajomych.

Praca przed komputerem w biurze gdzieś w Warszawie, Poznaniu, Łodzi, czy Trójmieście ma oczywiście swoje plusy, ale dla amatorów tych niezbyt wysokich, acz jakże niepowtarzalnych gór, opuszczonych sadów, pięknych drewnianych cerkwi i zapomnianych wsi zamieszkałych przez bardzo wyrazistych ludzi Bieszczadu… cóż. Zwyczajnie jest to wizja mało realna.

Gąbki z północy

 Weekend ma przeważnie dwa dni. Jeśli jesteśmy dobrze zorganizowani i uda nam się wygospodarować czas, by spakować się w czwartkowy wieczór, to oczywiście, możemy wyruszyć w drogę już w piątek po pracy. Przezwyciężamy korki, objazdy, wypadki, stacje benzynowe z podłą kawą i brudnym kiblem, aż w końcu – jesteśmy! Przed nami prawie półtora dnia, w ciągu których robimy wszystko, by przesiąknąć klimatem tego miejsca. Chodzimy po szlakach, moczymy buty aż po kostki, brudzimy wszystko co popadnie wszechobecną gliną, spędzamy wieczór przy gitarze, ale nie do późna bo jutro niedziela – trzeba się spakować i ruszać w drogę powrotną.

Być może jeszcze uda się po drodze gdzieś podjechać na krótki spacer, zobaczyć stare cerkwisko, podejść do schroniska w dolinie na naleśniki z jagodami… ale nadal trzymamy się drogi na północ. Jutro od samego rana praca. Mało tego, że trzeba się stawić i „odbić kartę”, to jeszcze trzeba być produktywnym.

Tylko nie zrozumcie mnie źle! Wcale nie uważam, że jest to godny potępienia sposób podróżowania. Tak często wyglądają moje wyjazdy w Bieszczady. Poza tym, dla chcącego nic trudnego.

Ubiegłej zimy razem z Marcinem – kumplem z Patrolu, wsiedliśmy w Warszawie do auta o godzinie 21:30. Szybko zajechaliśmy jeszcze po Emilkę – koleżankę Marcina, zatankowaliśmy i ruszyliśmy w długą drogę tylko po to, by na godzinę 4:30 nad ranem, przedrzeć się na Przełęcz Wyżniańską, wdrapać się do Chatki Puchatka na Połoninie Wetlińskiej na zimowy wschód słońca, po czym zejść do auta i wyruszyć w drogę powrotną do Warszawy. Można? Jak najbardziej!

A więc rzucać w cholerę, czy nie rzucać?

 Nieważne, czy jesteś tam trzy dni, czy dobę – każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego, a okazja do przygody czeka, dosłownie, za każdym zakrętem szlaku, jeśli tylko odważysz się tam dotrzeć. Z doświadczenia jednak wiem, że takie krótkie wypady w Bieszczady pozostawiają olbrzymi niedosyt.

To taki paradoks, kiedy euforia i satysfakcja łączy się z ciężarem rozstania z czymś, co przyniosło w krótkim czasie więcej radości, niż mógłby przynieść awans, podwyżka, czy znalezienie stówy na chodniku na tydzień przed wypłatą. Jak więc wrócić do codziennej rzeczywistości, kiedy sercem i umysłem nadal jesteśmy pod schroniskiem w górach i oglądamy wschodzące nad lasami słońce? Co zrobić, aby być tu częściej, nie tracąc tym samym dotychczasowych osiągnięć?

Zakładając, że każdy z nas ma wolną wolę, możemy pokusić się o założenie, że w większości albo lubimy życie, jakie prowadzimy, albo go nie znosimy, ale nie wiemy jak go zmienić. A więc, czy aby zaspokoić potrzebę obcowania z Bieszczadami, naprawdę trzeba wszystko rzucić w cholerę?

Więcej informacji o tym, co tak naprawdę chcemy zrobić dla Was w Bieszczadach znajdziecie w zakładce Pomysł na hostel na górze strony.

(Gaweł)

 

Dobre pomysły warto mnożyć i szerzyć!Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest
Share on Tumblr
Tumblr
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email
Print this page
Print