Kolejny weekend spędzony na pracach w Lutowiskach z nami. Tym razem do gry wkroczyły wałki, pędzle, szlifierki, pył, farby i pociągi. Dzięki dodatkowemu wsparciu udało nam się zrobić naprawdę dużo! Jeszcze raz ogromne dzięki dla Olgi, Sławka, Eryka, Eweliny i Saska!

 

Podczas naszej dwutygodniowej nieobecności, ekipa Pana Majstra wymieniła nam okna w całym domu! Efekt jest świetny, wszystkie pokoje zyskały jeszcze więcej światła. Niestety nie mieliśmy funduszy na okna drewniane, ale brązowe plastikowe wyglądają naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Przy okazji polecam firmę PAMO z Ustrzyk Dolnych, która wykonała te okna szybko, sprawnie i w terminie, odpowiadając przy okazji na dziesiątki moich pytań. Tylko jedno okno (a dokładniej drzwi balkonowe) zamówiłam za małe – tzn. za wąskie, ale cóż. Kawałek ściany udało się domurować, a przecież nie wszyscy muszą wychodzić na balkon, prawda? 😉

Wyglądają one o tak:

 

 

Przecież malowanie nie może być trudne…

Skoro okna już gotowe, można było się brać za malowanie. W 30-letniej historii tego domu ściany miewały różne kolory, tym razem chcieliśmy pomalować je na biało, co okazało się wcale nie takie proste. „Jedynka” nadaje się do wszystkiego, tylko nie do malowania, więc nie powtórzcie naszego błędu. I nie – nawet białych ścian nie jest w stanie równomiernie pokryć.

 

 

 

Mały trick

Jeśli zastanawiacie się, czy więcej czasu stracicie na rozciąganie folii i naklejanie taśm malarskich wzdłuż framug i parapetów, czy może lepiej malować jak leci, a potem zetrzeć szybko świeżą farbę szmatką – to pierwsze rozwiązanie wygrywa w przedbiegach. Serio!

Naklejanie taśm może wydawać się żmudne, upierdliwe i wymagające precyzji, ale ścieranie mokrej farby wymaga jej jeszcze więcej. Przerobiłam to w dwóch pokojach i już nigdy więcej nie zrezygnuję z taśmy. Malujesz, potem raz dwa odrywasz – i pokój gotowy! A mokra farba wcale nie schodzi tak łatwo z drewnianej boazerii. Dodatkowo ścierając ją trzeba się mocno nagimnastykować, żeby nie zetrzeć jej również ze ścian. Nie polecam.

 

 

Kolejnym etapem było szlifowanie.

Punkt pierwszy – balkony i barierki.

Punkt drugi – parapety.

Saskowi chyba do dziś wibrują ręce, ale udało mu się pięknie oczyścić większość drewnianych elementów na zewnątrz domu. Oczywiście jak tylko skończył szlifować, zaczęło lać na niczym niezabezpieczone chwilowo poręcze. I tak lało przez kolejnych kilka dni.

Teraz czekamy tylko na kilka dni słońca i będzie można je zabezpieczyć paloną ropą – to taki stary, dobry, bieszczadzki patent.

 

 

Jeśli chodzi o parapety, to namawiano nas, żeby przy okazji nowych okien zamówić od razu nowe parapety, ale jednak był to dla nas spory koszt. Postanowiliśmy zeszlifować te stare, drewniane, wypłowiałe od słońca i z toną przyklejonych zeschniętych much i był to strzał w dziesiątkę! Stara farba zeszła bardzo ładnie, a po malowaniu nową lakierobejcą wyglądają jak nowe. Więc jeśli zastanawiacie się nad wyrzuceniem jakiś starych, drewnianych elementów – pomyślcie, czy jednak nie warto ich zeszlifować i polakierować. Po korepetycje możecie się zgłaszać do Kocioua i Saska.

 

Najważniejszy członek ekipy remontowej

Rickon, jak widać, remontem przejął się najbardziej. Nie miał łatwo, ponieważ wszędzie stały wiadra z farbą, połowa podłóg była pokryta foliami, na które nie chcieliśmy go wpuszczać, wszystko śmierdziało chemią i nikt nie chciał się bawić. Ale zniósł to dzielnie. Starał się jak mógł, żeby nie wdeptywać w plamy farby i nie roznosić białych śladów łapek po całym domu i próbował przegonić ropuchy, które zamieszkały w piwnicy. Efekt? Jeden zeżarty płaz i trochę sensacji żołądkowych.

 

 

No ale ileż można pracować? I gdzie najlepiej spędzić wieczór? Oczywiście w Wilczej Jamie w Smolniku, prowadzonej przez znajomych, którą gorąco wszystkim polecam. Jest to karczma prowadzona przez myśliwego i jego rodzinę, z najlepszą dziczyzną w Polsce, ale i wegetarianie znajdą tam coś dla siebie.

 

 

Hitem wyjazdu były, poza oczywiście wałkami i pędzlami, pociągi – czyli planszówka „Wsiąść do pociągu”. I tak, jak widać na drugim planie, kominek też już działa. Nie jest może na razie najpiękniejszy, ale przynajmniej nie zadymia połowy chałupy, jak to bywało i jak to niektórzy pamiętają. 🙂

 

 

Matematyka vs. remont

Na zakończenie przyszła mi do głowy taka myśl. Jak wiecie, jestem mat-fizem, lubię porządek, myślenie analityczne i konkrety. Zauważyłam jednak, że wbrew pozorom matematyka podczas remontu zupełnie się nie przydaje. Przyjmijmy, że wymiana jednego okna kosztuje 300 zł. W takim razie rozumiem, że wymiana 10 podobnych okien powinna kosztować 3 000 zł i ja sobie taką kwotę planuję i wpisuję w tabelce. Tymczasem okazuje się, że jedno okno jest nieco węższe i trzeba domurować kawałek ściany, drzwi balkonowe są na wysokości tarasu, ale za wysokie od środka i trzeba zrobić wylewkę, a po dotknięciu jednej ściany okazało się, że tu wszystko się sypie i trzeba robić od nowa. I takim oto sposobem kwota rośnie i to wcale niemało. I weź tu człowieku spróbuj coś zaplanować… Oczywiście remont starego domu rządzi się innymi prawami, niż budowa nowego, ale coś mi się wydaje, że podobne finansowe niespodzianki czekają i na tych, co dopiero wylewają fundamenty pod swój kawałek podłogi.

Tutaj możecie powiedzieć, że „to było do przewidzenia”, że „do każdego budżetu remontowego trzeba dołożyć 30% na niespodziewane wydatki”, ale uwierzcie, że myśmy to jak najbardziej brali pod uwagę i mimo wszystko jest to zaskakujące za każdym razem.

Jednak najważniejsze, że robota szybko posuwa się do przodu. Co prawda tempo wydawania pieniędzy rośnie wykładniczo, ale przynajmniej widać tego efekty.

Kolejne wieści z pola walki już niebawem! Stay tuned!

(Loki)

 

Dobre pomysły warto mnożyć i szerzyć!Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest
Share on Tumblr
Tumblr
Share on Google+
Google+
Email this to someone
email
Print this page
Print